Raye z mocnym akcentem na nowym albumie This Music May Contain Hope

Źródło zdjęcia, Getty Images
- Autor, Mark Savage
- Stanowisko, Korespondent ds. muzyki
- Czas czytania: 3 min
Jak satysfakcjonujące było obserwowanie przemiany Rachel Agathy Keen?
Pięć lat temu piosenkarka – znana jako Raye – podjęła próbę odzyskania wolności, zrywając więzi z wytwórnią płytową, która zmuszała ją do tworzenia generycznych tanecznych utworów, które sama określała jako „naprawdę nudne".
Jej pełen emocji, wpadający w ucho debiutancki album My 21st Century Blues ukazał artystkę o niezwykłej głębi.
Napędzany singlami takimi jak Escapism i Oscar Winning Tears, zdobył sześć rekordowych nagród Brit, w tym za album roku.
Więc to przebić?
W rozmowie z BBC w zeszłym roku przyznała, że dopadł ją chwilowy kryzys pewności siebie.
„Kiedy długo nie piszesz, zaczynasz być ekstremalnie samokrytyczna. Więc nienawidziłam wszystkiego, co tworzyłam," powiedziała.
„Myślę, że presja zawsze będzie istnieć, bez względu na wszystko. Ale luksusem teraz jest to, że presja pochodzi ode mnie – bo dawniej tak nie było".
Ta mówi wiele o This Music May Contain Hope - koncepcyjnym albumie o radzeniu sobie ze złamanym sercem, wątpieniem w siebie, internetowymi trollami i głupimi mężczyznami.
Zamiast się poddać, Raye wyrusza na poszukiwanie szczęścia. Rusza do muzycznej walki.
„Jest coś, czego brakuje mi we współczesnym popie – to takie uczucie rodem z Motown, to klasyczne uczucie, to analogowe uczucie," powiedziała mi w zeszłym roku. „Więc naprawdę ekscytowało mnie, by naprawdę, naprawdę dość wyraziście z tym poeksperymentować".
Duch oldschoolowego jazzu, bluesa, big bandu i soulu wypełnia album, który rozciąga się na 71 minut, podczas których Raye prezentuje swoje kompozytorskie możliwości.

Źródło zdjęcia, Aliyah Otchere
Otwierający utwór I Will Overcome pokazuje ją, jak bezmyślnie przewija telefon na deszczowych ulicach Paryża, w akompaniamencie partytury przywodzącej na myśl Sondheima w jego najbardziej melodramatycznym wydaniu.
Narracja szybko przenosi się do południowego Londynu, gdzie złamane serca są tak powszechne jak gołębie.
W Beware… The South London Lover Boy śpiewa o „bezwiednych" mężczyznach ze „spliffami zwisającymi z ust" w piosence, która odkrywa brakujące ogniwo między The Andrews Sisters a Beyoncé (wreszcie!).
Singiel Nightingale Lane to nazwa miejsca, gdzie pierwszy raz miała złamane serce, na sennej ulicy w pobliżu Clapham.
W The WhatsApp Shakespeare ostrzega słuchaczy przed „wilkiem w owczej skórze, ale w tym przypadku dżinsowej", którego poetyckie wiadomości głosowe podbijają jej serce, dopóki nie odkrywa, że jest „jedną z siedmiu innych pierwszoplanowych dam".
Gdy jego oszustwo staje się oczywiste, muzyka przechodzi od czystych bitów hip-hopowych do twardego, noir'owego crescendo. Dum, dum, dummmm.
Click Clack Symphony, skomponowana przez legendę filmową Hansa Zimmera, jest duchową kontynuacją hitu Raye z 2022 r., Escapism. Z tą różnicą, że zamiast topić smutki w narkotykach i nic nie znaczącym seksie, dzwoni do swoich przyjaciółek, nakłada najlepszy wodoodporny tusz i otrzymuje wsparcie emocjonalne, którego potrzebuje.
Ta piosenka wprowadza światło. Life Boat to proste potwierdzenie nadziei, osadzone na transowym, house'owym bicie, który pokazuje, że gdyby chciała, Raye wciąż mogłaby produkować klubowe hity.
Podobnie Joy - duet z jej siostrami Ammą i Absolutely - ma nieposkromioną euforię (oraz część smyczków) z Don't Stop Til You Get Enough Michaela Jacksona. Skin & Bone, oparty na funkowym klasyku Arethy Franklin Rock Steady, to zmysłowa opowieść o nocnym polowaniu.

Źródło zdjęcia, Raye
Dostajemy też duet z legendą soulu Alem Greenem, ironicznie pogodną odę do dysmorfofobii (I Hate The Way I Look Today) oraz ogromną ilość narracji mówionej.
I nawet nie wspomniałem o Where The Hell Is My Husband – absolutnym klasyku, który zeszłego lata zadebiutował na festiwalu Glastonbury i zbliża się do miliardowego odsłuchania na Spotify.
Raye przez cały czas śpiewa tak, jakby od tego zależało jej życie. Jej nawarstwione wokale i kontramelodie są pełne misternych detali, a jej frazowanie jest znakomite, nawet w jazzowych numerach, przy których słabsi wokaliści popowi mogliby polec.
Jest tego rzeczywiście dużo. Album jest przeładowany, ekscentryczny, kiczowaty, dramatyczny i trochę wyczerpujący. Kończy się nawet czterema minutami „zakończeń", w których Raye dziękuje wszystkim, którzy pracowali nad płytą, w tym wszystkim 80 muzykom London Symphony Orchestra.
Za pierwszym razem było to przytłaczające. Przy trzecim, czwartym, piątym odsłuchu wszystko się wyostrza.
Nie wszystko działa, ale w erze AI‑owej papki i piosenek‑memów tworzonych pod tiktokową klikalność, uspokajające jest to, że Raye bez skrupułów idzie na całość.
Ta muzyka może - istotnie - zawierać nadzieję na przetrwanie samego popu.
Ten tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu zostały użyte narzędzia AI, w ramach projektu pilotażowego.
Edycja: Magdalena Mis








